Polityka Społeczna


Z życia wzięte

Dodano: 01 października 2013

Gmina Grudziądz od zawsze była nietypową gminą. Trudno było ją zakwalifikować jako typowo rolniczą, ale też nie była regionem przemysłowym. Spowodowane było to tym, że położona jest wokół dużego miasta. Mieszkańcy okolicznych wsi posiadali gospodarstwa rolne, ale bardzo małe, które nie gwarantowały dochodów na całoroczne utrzymanie rodziny. Najczęściej pracowali w przemyśle, tam też osiągali główne dochody, natomiast dochody z gospodarstwa rolnego były traktowane jako dochód dodatkowy.

Tak też pozostało do dzisiaj. Nadal większość mieszkańców szuka pracy w mieście i nadal posiadają niewielkie gospodarstwa rolne. Z braku czasu na pracę w gospodarstwie często zatrudniali tzw. „parobków”, a takich nigdy nie brakowało. Mieszkali kątem przy rodzinie, bądź w domku gospodarczym i doglądali całą dobę gospodarstwa za przysłowiową łyżkę zupy. Dla wielu był to sposób na życie, dla innych ucieczka od zobowiązań rodzinnych, czy też przed konsekwencjami prawnymi. Zaszyli się na wsi, bez zameldowania, bez umowy o pracę, bez kontaktów z rodziną i tak wiele lat funkcjonowali. Bardzo często ciężko pracowali, ale mieli co jeść i gdzie spać.

Poznałam kiedyś pana Kazimierza, który w taki sposób przeżył kilkadziesiąt lat. Przez te wszystkie lata przemieszczał się od gospodarza do gospodarza i był „wyrobnikiem” do czasu, kiedy go potrzebowali. Jak właściciele uznali, że jest już niepotrzebny, to podziękowali, a on szedł pracować do innego. Bywało, że u niektórych pracował i przebywał po kilka lat. Można by się skusić na stwierdzenie, że był już prawie domownikiem, a właściciele dla niego prawie rodziną, jednak jak sam stwierdził „w takim układzie nie ma sentymentów”. Nie jesteś potrzebny, nie dajesz rady, nie potrafisz, to żegnamy pana.

Tak, jak przychodził do gospodarzy z tobołkiem, tak też ich opuszczał po latach pracy. Ktoś mógłby powiedzieć, że miał dach nad głową, jadł, pił i był odziany, a w porywach dobroci dostawał papierosy czy inne używki. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że miał wszystko, czego potrzebował, ale czy na pewno?. Pan Kazimierz mieszkał w domku gospodarczym przy pewnej rodzinie i pomagał przy uprawie pomidorów.

Zawsze, kiedy przechodziłam, to widziałam jak pracuje. Nigdy nie zastałam go siedzącego. Na jego twarzy widać było zmęczenie i ogromny smutek. Kilka razy udało nam się szczerze porozmawiać, dzięki czemu pan Kazimierz opowiedział mi swoje życie.

Był żonaty, ale nie ułożyło mu się w małżeństwie. Miał córkę, której nie widział od czasu odejścia z domu. Nie utrzymywał żadnych kontaktów z nimi, ponieważ była żona nie wyrażała na to zgody, a poza tym wybierając taki styl życia, nie miał nigdy pieniędzy na alimenty. Kiedy mówił o córce, widziałam w jego oczach i słyszałam w jego głosie miłość, troskę, tęsknotę, smutek, żal i wiele uczuć i emocji, jakie nim targały. Wypowiadał się o niej tak, jakby dopiero ją opuścił, z wielką czułością, jakby była nadal małym dzieckiem, a przecież była już dorosłą osobą.

Od znajomych dowiedział się, że była żona już nie żyje, a córka założyła rodzinę, ma dzieci i mieszka w Brodnicy. Zapytałam, czy zna jej obecne nazwisko i zaproponowałam, że spróbuję nawiązać z nią kontakt i zapytam, czy nie chciałaby spotkać się z ojcem. Początkowo przeraził się, bowiem nie chciał teraz wchodzić w jej życie. Uznał, że córka niczego od niego nie dostała i na pewno nie będzie chciała go znać.

Zaproponowałam, że córce damy prawo do przemyślenia i uszanujemy każdą jej decyzję. Zgodził się, więc natychmiast jak wróciłam do biura postanowiłam iść za ciosem. Zadzwoniłam do OPS w Brodnicy z prośbą o odszukanie córki i przeprowadzenie z nią rozmowy. Okazało się, że nie było to wcale trudne, ponieważ córka korzystała z pomocy w OPS i była im znana. Tamtejszy pracownik socjalny podczas wywiadu porozmawiał z nią i wyraziła zgodę na kontakt z ojcem. Pojechałam natychmiast do pana Kazimierza z tą wspaniałą wiadomością i przekazałam mu telefon kontaktowy do córki. Pan Kazimierz ucieszył się, jednak nie od razu zdecydował się zadzwonić. Nadal miał opory, bał się, wyrzuty sumienia itd. Dopiero po kilku miesiącach przyszedł do mnie do ośrodka uradowany powiedzieć, że odważył się na spotkanie z córką.

Porozmawiali, wyjaśnili sobie wiele spraw, uzgodnili dalsze kontakty. Spotkanie to nie zmieniło nic w jego dalszym życiu, ale już nie chodził smutny. Z radością opowiadał o córce i wnukach. Pan Kazimierz z roku na rok był coraz słabszy, często chorował i nie mógł już ciężko pracować. Dla gospodarzy stał się niewygodny i znowu podziękowali mu za pracę i poprosili o opuszczenie domku. Przyszedł do nas z tobołkiem, otrzymał skierowanie do schroniska dla bezdomnych i na tym zakończyła się moja historia o panu Kazimierzu. Nie znam dalszych jego losów, chociaż bardzo chciałbym je poznać.

Dla portalu politykaspoleczna.com

Jolanta Gudera. Grudziądz

Opublikował: psakowski Kategorie: Dobre praktyki, Pomoc Społeczna, Rodzina

Odpowiedz

Zabezpieczenie atyspamowe
Skopiuj lub przepisz poniższy text aby dodać komentarz do artykułu.

Zapisz się do newslettera

Wyróżnione artykuły

Wings for Life World Run: Biegniemy dla tych, którzy nie mogą

Wings for Life World Run to jedyny globalny bieg, w którym meta, będąca Samochodem Pościgowym, ...

100 lat polskiej polityki społecznej

W ramach programu obchodów 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. w MRPiPS zorganizowano ...

Wesołych Świąt Wielkanocnych !

Zdrowych, pogodnych Świąt Wielkanocnych, przepełnionych wiarą, nadzieją i miłością. Radosnego, wiosennego nastroju, serdecznych spotkań w ...

Wesołych Świąt i do siego 2018 Roku !

Niech nadchodzące Święta Bożego Narodzenia przyniosą Państwu wiele szczęścia, wiary i nadziei, a pomyślność nie ...

21 listopada Dzień Pracownika Socjalnego

Dzień Pracownika Socjalnego – polskie święto obchodzone 21 listopada na mocy zapisu ustawy o pomocy ...