Polityka Społeczna


Tyle biedy, ile wody w Wiśle

Dodano: 21 czerwca 2012
Podziel się !Share on Facebook0Share on Google+0Email this to someone

Sylwetki pracowników pomocy społecznej.
Do tej profesji dostałam się przez przypadek, ponieważ nie była ona związana z moim ówczesnym wykształceniem (technik ekonomista). Po prostu szukałam nowej pracy i dowiedziałam się od znajomego, że poszukują do pracy w Dziale Służb Społecznych przy ZOZ pracowników socjalnych. Nie miałam pojęcia na czym ta praca polega, jednak kiedy podczas pierwszej rozmowy, pani Dyrektor objaśniała mi sens tej pracy coraz bardziej byłam przekonana, że to jest to, co chcę w życiu robić. W sektorze pomocy społecznej pracuję 28 lat, cały czas w gminie Grudziądz.

Zawsze byłam otwarta na kontakty z ludźmi, lubiłam wyzwania a w mojej naturze było rozumienie problemów ludzkich oraz pomoc. Już od wczesnych lat szkolnych, kiedy widziałam, że ktoś ma problemy w nauce, to zawsze reagowałam w ten sam sposób „ Nie rozumiesz tego? Chętnie posiedzę z tobą po lekcjach i pouczymy się razem”. Zawsze chętnie udzielałam pomocy osobom starszym zrobić zakupy, coś przynieść, wynieść…, jak pamiętam, to był dla mnie taki naturalny odruch. Nigdy nie zastanawiałam się dlaczego to robiłam, teraz tak myślę, że to lubiłam, sprawiało mi to przyjemność, uwrażliwiało na potrzeby ludzkie itd. W zamian za to zawsze otoczona byłam i jestem do dzisiaj życzliwymi ludźmi.

Jola Gudera

Szkolenie "Mediacje rodzinne" 2011r.

Pamiętam dobrze pierwszy dzień mojej pracy. Współpracownicy przywitali mnie bardzo mile. Bałam się, chyba jak każdy kto zmienia środowisko i rodzaj pracy a już od pierwszych chwil poczułam, że trafiłam na grupę wspaniałych ludzi. Zaopiekowali się mną, nie czułam żadnego skrępowania, zaoferowali wszelką pomoc we wdrażaniu się w nowe obowiązki. Pierwsze dwa miesiące przygotowywano mnie do podjęcia pracy samodzielnej. Otrzymałam cały zestaw przepisów prawnych, z którymi musiałam się bezwzględnie zapoznać a dopiero później zajął się mną pracownik, który miał za zadanie przyuczyć mnie do prowadzenia rozmów z klientami w środowisku, uczulał na co należy zwracać uwagę będąc w mieszkaniu klienta, jak przeprowadzać wywiad środowiskowy, jak należy się zachować w różnych sytuacjach, uczył empatii itd. Była to praktyka pod okiem fachowca. Po dwóch miesiącach i po takim szkoleniu jechaliśmy do Torunia do Wojewódzkiego Zespołu Służb Społecznych, gdzie musiałam zdać egzamin przed samą panią dyrektor. Dopiero po tym egzaminie mogłam samodzielnie wyjeżdżać w teren i wykonywać obowiązki. Musiałam też ukończyć szkołę dla pracowników socjalnych.
Nie zraziło mnie to, że będę musiała zmienić zawód, podjąć naukę, jeździć w teren ( bez środka transportu ) tylko środkami komunikacji miejskiej czy PKS-em a dalej pieszo. Nie zliczę kilometrów, które przechodziłam przez 20 lat pracując w terenie. Miałam w rejonie mojego działania wsie, do których nie było i nadal nie ma dojazdu a ośrodek nie dysponuje samochodem służbowym. Przez te lata poznałam wszystkie ścieżki, skróty, każdy dom i prawie wszystkich ludzi. Nie oznacza to, że wszyscy ludzie byli klientami pomocy społecznej. Żeby dobrze pomagać trzeba było poznać, przyciągnąć i zaangażować sprzymierzeńców, poznać całą infrastrukturę, nawiązać współpracę ze wszystkimi instytucjami znajdującymi się w terenie działania.
Do dzisiaj w naszym ośrodku kładzie się na to nacisk. Każdy nowy pracownik socjalny zaczyna swoją pracę od dobrego rozeznania terenu, złożenia wizyty, przedstawienia się i nawiązania współpracy z sołtysami, radnymi, dyrektorami szkół, przedszkoli, księżmi z parafii, szefami ważnych instytucji w celu nawiązania dobrych relacji i współpracy. Nieoceniona jest pomoc tych wszystkich osób. To właśnie oni są najbliżej i najszybciej zauważają problemy z jakimi borykają się rodziny, za które czują się też odpowiedzialni właśnie dzięki temu, że są wciągnięci przez pracowników socjalnych w proces pomagania. Wystarczy, że zgłoszą do ośrodka problem a pracownicy socjalni mogą natychmiast reagować. W trudnych sytuacjach w pomoc angażują się wszyscy, każdy kto, co może. Pamiętam, jak kiedyś otrzymałam zgłoszenie, że z domu ( nie zgłosiła tego rodzina, tylko sąsiedzi ) uciekło nieletnie dziecko i od kilku dni przebywa poza domem. Do pomocy uruchomiony został cały sztab ludzi: wychowawca klasy, dzielnicowy, sołtys, pełnomocnik ds. uzależnień i przemocy w rodzinie, sąsiedzi.
Dzięki takiej koalicji udało nam się w jeden dzień odnaleźć dziecko, sprowadzić do domu, poznać powód jego ucieczki, rozpoznać problemy rodziny i objąć na długi czas pomocą psychologiczną, pedagogiczną, pracą socjalną, rozwiązać główne problemy rodziny. Była to długa i żmudna praca nad rodziną ale warto było.
Podobnie działamy w sytuacjach kryzysowych. W pomoc zaangażowany jest cały sztab ludzi. Pracownik socjalny nie jest pozostawiony sam sobie. Również pamiętam jak w jednej z podgrudziądzkich wsi spalił się dom rodzinny i cały ich dobytek. Rodziny na szczęście nie było w domu i nikt z członków rodziny nie ucierpiał. Okazało się jednak, że życie ojca rodziny było zagrożone, ponieważ był po przeszczepie nerek a z dymem poszły jego leki, które musiał systematycznie przyjmować. W pomoc zaangażowali się wszyscy, kto co mógł. Wójt poruszył niebo i ziemię aby leki zostały dostarczone helikopterem z instytutu transplantologii, w dwa dni udało się uzyskać dla rodziny skromne mieszkanko na terenie miasta Grudziądza, wyposażenie mieszkania zbieraliśmy wśród pracowników urzędu, z PKPS, PCK, odzież zbierali mieszkańcy wsi, podręczniki i przybory szkolne dla dziecka zakupił ośrodek. Było to zawrotne tempo pomocy, ale udało się. W dwa dni rodzina była już na swoim. Radość, którą widziałam w oczach rodziny, to było najlepsze podziękowanie.
Oczywiście nie zawsze praca z rodziną kończyła się pełnym sukcesem. Niejednokrotnie ponosiłam porażki ale zawsze byłam przekonana, że zrobiłam wszystko co mogłam. Cieszę się z drobnych sukcesów i nigdy nie wątpię w słuszność mojej pracy.

Porażki zawsze sobie tłumaczę tym, że nie da się „uzdrowić całego świata”, bo to ludzie sami decydują jak chcą żyć. Ja mogę ich tylko wspierać, motywować, pobudzać do działania, inspirować itd. Nie poddaję się, nie winię nikogo, za to, że dokonał innego wyboru, nadal próbuję innymi metodami pracować z rodziną z nadzieją, że coś zadziała.
Najczęściej porażki ponosiłam pracując z rodzinami, w których występowało uzależnienie. Pomimo różnych prób motywacji do podjęcia leczenia odwykowego, jeżeli osoba uzależniona nie chce nic zmienić w swoim życiu jesteśmy bezsilni. Kierujemy sprawy do prężnie działającej na terenie naszej gminy Komisji ds. uzależnień na rozmowę motywującą ale to osoba uzależniona podejmuje decyzję o podjęciu leczenia. Kolejnym krokiem jest kierowanie do Sądu Rodzinnego o przymusowe leczenie, gdzie zawsze kończy się postanowieniem o leczeniu zamkniętym ale realia są takie, że na miejsce na oddziale odwykowym czeka się ok. dwóch lat i często kiedy trafia na oddział to już mija czas w którym obowiązuje postanowienie sądu i tam zadają pytanie, czy chce się leczyć. Jak padnie odpowiedź negatywna, to wypisany zostaje z oddziału i wraca do nałogu. Myślę, że jak w tym względzie nic się nie zmieni, to zawsze będziemy ponosić porażki.

W starym „systemie” nasza praca miała zupełnie inny charakter, zajmowaliśmy się rozpoznawaniem potrzeb głównie ludzi starszych, inwalidów i rodzin wielodzietnych. Pomoc materialną otrzymywały tylko osoby z w/w grup, nie posiadające dochodu ( przeważnie renty socjalne ). Reszta mogła liczyć jedynie na pomoc psychologiczną, pedagogiczną, prawną czy socjalną.
Tamte lata pracy do czasu wejścia w życie nowej ustawy o pomocy społecznej i utworzenia OPS pozwoliły mi zapoznać się z moim terenem działania, z ludźmi, nawiązać kontakty, które pielęgnuję po dzień dzisiejszy.
Po wejściu w życie nowej ustawy, charakter naszej pracy zmienił się diametralnie. Zbiegło się to z poszerzającym się z dnia na dzień bezrobociem w kraju, co skutkowało powstawaniem nowych problemów, z którymi borykamy się po dzień dzisiejszy. Pojawiły się konflikty w rodzinie, problemy wychowawcze z dziećmi, uzależnienia, przemoc w rodzinie, powolne ubożenie aż do ubóstwa włącznie, bezsilność rodzin bezrobotnych ale też i nasza ponieważ nie dysponowaliśmy żadnymi narzędziami, żeby temu zapobiegać. Ustawa owszem dawała i daje możliwość skromnej pomocy finansowej rodzinie, nakłada także na nas obowiązek pracy socjalnej, poradnictwa, pomocy psychologicznej, pedagogicznej, prawnej i w miarę naszych możliwości wywiązujemy się z tych obowiązków. Przez te wszystkie lata staramy się robić zawsze coś ponad to, co jest w ustawie. Wszystko dla dobra naszych klientów.
Początki utworzenia GOPS były trudne. Cały ośrodek tworzyliśmy we trzy osoby. Kierownik i dwóch pracowników socjalnych. Po roku pojawił się trzeci pracownik socjalny a i tak mieliśmy na planie pod opieką ok. 200 rodzin na 1 pracownika socjalnego. Jak jechałam w teren do wsi szczególnie popegeerowskiej, to nie było mieszkania czy domu, którego nie należało odwiedzić, , przeprowadzić wywiad, porozmawiać, wysłuchać, udzielić wsparcia, pomocy finansowej, rozeznać potrzeby, problemy, obrać jakąś strategię działania. Nie było łatwo, to wszystko ogarnąć. Staraliśmy się różnymi sposobami zabezpieczać rodzinom podstawowe potrzeby. Udawało nam się tylko dzięki temu, że nasze władze ( wójt, radni ) rozumiały powagę sytuacji i popierali nasze działania. A pomysłów nam nie brakowało. Pamiętam, że aby z bardzo skromnego budżetu jakim dysponowaliśmy pomóc rodzinom jak najwięcej, to nastawialiśmy się na pomoc w naturze zamiast zasiłków np. na środki czystości, rozpoznawaliśmy potrzeby a potem kupowaliśmy w hurtowni niezbędne produkty i rozdawaliśmy je rodzinom potrzebującym. Podobnie realizowaliśmy obowiązek zabezpieczenia rodzin w niezbędną odzież stosowną do pory roku. Nawiązaliśmy współpracę z właścicielką sklepu odzieżowego, która sprowadzała dla naszych potrzeb wskazaną odzież do sklepu i tam rodziny w umówionym terminie mogły odbierać. Był to dobry pomysł, ponieważ do sklepu szli wszyscy członkowie rodziny, gdzie mogli sobie wybrać, przymierzyć, czy zamówić jeśli nie pasował rozmiar. Odbywało się to pod okiem pracownika socjalnego, który znając potrzeby rodziny kontrolował czy rodzina odbiera zgodnie z potrzebami. Sklep wystawiał nam faktury na poszczególne rodziny a my płaciliśmy przelewem za pobraną i podpisaną przez odbiorców odzież. Rodziny były bardzo zadowolone z takiej formy pomocy, ponieważ odzież była nowa, modna, zaakceptowana przez wszystkich członków rodziny, a co najważniejsze nikt nie chodził nieodpowiednio do pory roku ubrany oraz nie wyróżniał się ubiorem od rodzin, które miały jeszcze to szczęście, że pracowali. Akacja ta pozwoliła uniknąć naznaczania dzieci w szkołach, że są ubożsi od innych. Dla naszych rodzin było, to bardzo ważne, ponieważ każdy rodzic chce chronić swoje dziecko przed takimi uwłaczającymi ich godności uwagami. Przez lata tej praktyki nigdy nie otrzymaliśmy zgłoszenia, że dzieci do szkoły przychodzą nieodpowiednio ubrane. Dając zasiłek na odzież nie mogliśmy mieć pewności, że otrzymane pieniądze będą przeznaczone na ten cel. W podobny sposób zabezpieczaliśmy dzieciom szkolnym przybory szkolne. Przed rozpoczęciem roku szkolnego typowaliśmy rodziny, którym należy pomóc, robiliśmy listę potrzebnych artykułów do poszczególnych klas w uzgodnieniu ze szkołami, zamawialiśmy w hurtowni a potem wydawaliśmy każdej rodzinie to co było potrzebne. Szkoły były bardzo zadowolone, ponieważ nie było dziecka, które rozpoczynałoby rok szkolny bez niezbędnych przyborów. Zaniechaliśmy tego, kiedy rodziny otrzymały ze świadczeń rodzinnych dodatek z tytułu rozpoczęcia nauki w szkole. Takie podejście, to był jeden ze sposobów na oszczędzanie pieniędzy, których zawsze brakuje na zaspokojenie wszystkich potrzeb. Trudno jest wyliczyć wysokość zasiłku na określony cel, ponadto poniesione przez nas koszty zakupu po cenach hurtowych na pewno były niższe niż rodzina musiałaby kupić indywidualnie w sklepie. Wymagało to z naszej strony dużego zaangażowania. Sami musieliśmy przygotowywać listy rodzin, wyliczać ilości potrzebnych produktów, magazynować a później wydawać rodzinom wg potrzeb. Często brakowało czasu na te wyliczanki i robiło to się w domu po godzinach pracy, czasami do późnej nocy.
Innym ciekawym pomysłem na rozszerzenie pomocy naszym rodzinom, było utworzenie przy GOPS stowarzyszenia „Promyk”, które działa od dziewięciu lat na rzecz integracji osób niepełnosprawnych z pełnosprawnymi. Stowarzyszenie utworzyli głównie pracownicy socjalni oraz zmotywowani przez nich rodzice dzieci niepełnosprawnych. Co roku organizujemy ( jako członkowie stowarzyszenia ) kilka imprez integracyjnych: gwiazdka dla dzieci, biwak nad jeziorem dla rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi, koncerty, wigilię, wspólnie ze szkołą  „Dzień pieczonego ziemniaka”, od dwóch lat wycieczkę do atrakcyjnych miejscowości, aby osoby niepełnosprawne mogły coś zobaczyć, poznać a jednocześnie spędzić ze swoimi opiekunami inny niż zwykły dzień.

Jednak największą imprezą, która okazała się wielkim naszym sukcesem i jest organizowana przez wszystkie lata naszej działalności jest organizowany w ostatnią sobotę wakacji festyn integracyjny. Jest to otwarta impreza w której uczestniczą osoby niepełnosprawne wraz ze wszystkimi pełnosprawnymi członkami ich rodzin, zapraszane do uczestnictwa są rodziny z innych stowarzyszeń, z innych gmin, wszyscy chętni, którzy chcą w jakiś sposób pomóc i uatrakcyjnić ten wyjątkowy dzień. W tym dniu nie brakuje atrakcji. Z roku na rok przybywa chętnych do uczestnictwa. Niepełnosprawni, którzy początkowo nieufnie wychodzili z domów obawiając się reakcji otoczenia na ich kalectwo czy chorobę, teraz nie odpuszczą sobie tego wesołego dnia. Założonym celem, było wyciągnięcie tych ludzi z domów i pokazanie im, że mogą się tak samo bawić jak zdrowi ludzie i ten cel osiągnęliśmy. W zeszłorocznym festynie uczestniczyło ok. 500 ludzi i przez cały dzień wszyscy bawili się wspaniale. Nikt nie wyjechał do domu głodny, spragniony czy bez nagród chociażby za chęć uczestnictwa w jakimkolwiek konkursie. Nie ma u nas zwycięzców i zwyciężonych. Wszystkie buzie czy zdrowe, czy chore muszą być uśmiechnięte. Pamiętam jak ktoś skomentował nasz zeszłoroczny festyn, że nie było widać osób niepełnosprawnych. W odpowiedzi powiedziałam, że tak, to jest właśnie, to co chcieliśmy osiągnąć. Niepełnosprawni są takimi samymi ludźmi jak my i nie mają się wyróżniać wśród nas. Mają prawo do radowania się z życia tak samo jak my, poznawać świat, nawiązywać kontakty itd. Nie mają się wyróżniać, umartwiać, czy chodzić z napisem na czole „ jestem inny”. Z perspektywy dziewięciu lat naszej działalności i obcowania z ludźmi niepełnosprawnymi i ich rodzinami stwierdzam, że są to wspaniali ludzie i to oni mogą nas wiele nauczyć chociażby pokory, pokonywania w życiu trudności, zacięcia w osiąganiu celu, radowania się z drobnostek. Tkwi w nich wielki potencjał, tylko trzeba im umożliwić pokazanie tego. Stowarzyszenie jest organizacją n profit, utrzymuje się tylko ze składek członkowskich a środki a organizacje tych wszystkich imprez pozyskujemy od wojewody pisząc programy konkursowe, z gminy oraz od sponsorów, których z roku na rok jest coraz więcej. Do pomocy w organizacji tych przedsięwzięć angażujemy całe nasze rodziny, nauczycieli, pracowników urzędu, sołtysów, radnych, młodzież, oczywiście w ramach wolontariatu. Jak dotąd nie spotkaliśmy się z odmową pomocy.
Dzięki stowarzyszeniu pozyskujemy również żywność unijną oraz z banku żywności, którą przekazujemy ubogim rodzinom. Co roku pozyskujemy ok. 20 ton różnego asortymentu ( mąka, ryż, kasza, dania gotowe, makarony, mleko, napoje, soki, cukier, kawa itd. ) Są to podstawowe produkty żywnościowe ale dla naszych rodzin są bardzo potrzebne. Dzięki temu ubogie rodziny oraz nasz ośrodek oszczędzamy nasze bardzo okrojone budżety. Zakład Karny Nr 2 w Grudziądzu realizuje projekt „Cykl szkoleniowo-aktywizacyjny służący podniesieniu kwalifikacji zawodowych osób pozbawionych wolności oraz przygotowaniu ich do powrotu na rynek pracy po zakończeniu odbywania kary pozbawienia wolności” w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki współfinansowany z funduszy unijnych. W ramach współpracy  oraz w ramach odrębnej umowy osadzeni wykonują nieodpłatnie pracę na rzecz naszego stowarzyszenia i zajmują się magazynowaniem pozyskanej żywności a następnie wydawaniem jej rodzinom wskazanym przez pracowników socjalnych. Dla stowarzyszenia a pośrednio dla ośrodka jest to nieoceniona pomoc. Gdybyśmy nie otrzymali takiego wsparcia, nie byłoby czasu ani siły na prowadzenie takiej wielkiej inicjatywy oczywiście z krzywdą dla ubogich rodzin.
Jednak muszę wspomnieć, że nie tylko my osiągamy korzyści z tej współpracy, ponieważ i sami osadzeni otrzymują szansę na przygotowanie się do opuszczenia ZK. Jest to forma aktywizacji do przyszłej pracy zarobkowej, mają szansę będąc jeszcze osadzonym na kilka godzin opuścić mury więzienne, przygotować się do życia na wolności, nawiązać kontakty itd.
Redystrybucją żywności zajmujemy się od kilku lat. W ostatnich latach zaobserwowaliśmy, że niektóre rodziny nie chcą brać niektórych produktów np. kaszy twierdząc, że nie jadają tego. W związku z tym planujemy przeprowadzić cykl szkoleń kulinarnych, gdzie dobre, pomysłowe kucharki (takich jest wiele) zaprezentują swoje przepisy i pokażą co i jak można wykorzystać w naszej kuchni, aby było to smaczne, pożywne i lubiane. Zachęcamy do przygotowania tych spotkań sołtysów poszczególnych sołectw w świetlicach wiejskich, które są do tego odpowiednio wyposażone. Uważamy, że nie wszystko musimy sami robić. Dzięki dobrej współpracy inspirujemy, podpowiadamy dobre praktyki osobom, które są chętne do działania na rzecz swojego środowiska a dzięki temu osiągamy nasze cele, bo to trafia i tak do naszych klientów.
Ośrodek od 5 lat prowadzi projekt systemowy pod nazwą Twoja szansa, w ramach którego prowadzimy szkolenia zawodowe dla osób długotrwale bezrobotnych w zawodach opiekunka do osób starszych, sprzedawca i obsługa kasy fiskalnej, operator wózków widłowych, obsługa stacji LPG, operator koparko ładowarki. Są to zawody poszukiwane na naszym rynku pracy. Skuteczność zatrudnienia po ukończeniu to ok. 30 %.
Ponieważ z roku na rok przybywało nam problemów w środowisku oraz obowiązków to i  przybywało nam etatów na pracowników socjalnych. Obecnie w ośrodku zatrudnionych jest 7 pracowników socjalnych a i tak jest za mało, żeby dobrze prowadzić z rodzinami pracę socjalną, nie mówiąc już o pracy socjalnej w środowisku.
Po dwudziestu latach pracy w środowisku, w latach największego bezrobocia w kraju oraz w naszej gminie dopadło mnie coś w rodzaju wypalenia zawodowego. Spowodowane to było bezsilnością na niektóre rzeczy, na które nie mieliśmy wpływu. O ile udawało nam się wspierać i pomagać rodzinom w kryzysowych dla nich sytuacjach, to nic nie mogliśmy zrobić, żeby ratować ich dobytek. Kiedy zaczynałam pracować nasze podgrudziądzkie wsie rozwijały się urbanistycznie. Budownictwo domków jednorodzinnych rozwijało się. Mieszkańcy budowali ładne, nowoczesne domy  dbali o swoje ogródki przydomowe.  Będąc w terenie zawsze podziwiałam widoki i cieszyło mnie to, że wieś wręcz kwitnie. Od czasu kiedy masowo zwalniano u nas w pierwszej kolejności chłoporobotników, wzrosło bezrobocie, z roku na rok widziałam jak to wszystko podupada. Rodzin nie było stać na podstawowe remonty domów oraz ich wnętrz. My też nie mogliśmy im w tym pomóc. I to było powodem mojego zniechęcenia do pracy w terenie. Był taki moment, że wyjeżdżałam w teren obeszłam całą wieś a nie miałam siły zapukać do żadnych drzwi. Płakać mi się chciało, jak widziałam co stało się z niegdyś pięknym domem, wypielęgnowanym ogródkiem. Nie potrafiłam sobie z tym poradzić i do dzisiaj mam z tym problem chociaż ponownie rozkwitają. Podzieliłam się moim problemem z kierownikiem ośrodka i podjęliśmy decyzję, że będę pracować na stanowisku pracownika socjalnego ale na miejscu nie wyjeżdżając w teren. Od kilku lat nie mam już przydzielonego rejonu i zajmuję się rodzinami z całej gminy, które pojawiają się w ośrodku pod nieobecność ich pracownika socjalnego, który wyjechał już w teren. Nadal bardzo lubię pracować z ludźmi. Wykonuję także pracę biurową, żeby odciążyć pracowników na rzecz ich pracy w terenie. Dzięki temu każdy klient, który przyjedzie do ośrodka zawsze może liczyć na pierwszą pomoc chociażby w wysłuchaniu ich problemu.
Jednak nie wszystko jest takie różowe. Najbardziej narzekamy na warunki pracy. Nie dysponujemy żadnym pomieszczeniem, w którym moglibyśmy porozmawiać z klientem w tzw. cztery oczy. Klienci nie chcą rozmawiać o swoich problemach, kiedy w pokoju przebywają inni pracownicy a często jeszcze u nich inni klienci. Jest tłoczno, gwarno, nie ma intymnej atmosfery do szczerych rozmów. Najczęściej pracownicy w takiej sytuacji wychodzą z klientem na korytarz lub do piwnicy. Denerwuje nas to, ale nie mamy wyjścia, ponieważ mamy do dyspozycji na 7 pracowników socjalnych trzy małe pokoje. Wyposażenie biur również jest bardzo skromne, dwudziestoletnie, obdrapane szafy, biurka a na remont musieliśmy czekać kilka lat. Nie czujemy się dobrze w takich warunkach, ale jesteśmy świadomi, że z bardzo skromnego budżetu przeznaczonego na utrzymanie ośrodka wiele się nie zdziała. Nasze zarobki są również niezadowalające. Nigdy nie byliśmy dobrze opłacani, nadal nikt nie docenia naszej pracy, wg mediów nic nie robimy, tylko wypłacamy zasiłki itd.
Z perspektywy mojej długoletniej pracy i tak dostrzegam więcej pozytywów pracy niż negatywów. Może miałam szczęście, że przez te wszystkie lata pracuję ze wspaniałymi ludźmi. Tworzymy zawsze zgrany zespół, wspieramy się nawzajem każdego dnia. Z rana zawsze omawiamy przypadki, trudności z dnia wczorajszego, robimy burzę mózgów, wysłuchujemy pomysłów – taka nieprofesjonalna superwizja. Dzięki dobrej atmosferze panującej naszym zespole nie zrażamy się niepowodzeniami ale też i cieszymy się wspólnie z sukcesów. Pomimo tego, że pracuję z młodymi pracownikami i dzieli nas duża różnica wieku, szanujemy się nawzajem. Młodzi chętnie korzystają z mojego mentorskiego doświadczenia. Natomiast oni poprzez swoją żywiołowość, pomysłowość, prężność pobudzają mnie do myślenia i działania.
Przez te wszystkie lata pracy cały czas się dokształcam, uczestniczę w wielu szkoleniach, kursach, co jest niezbędne aby wykonywać ten zawód. Trzeba poznawać nowe metody i narzędzia pracy, znać aktualne przepisy prawne, poznawać i wykorzystywać dobre praktyki, poszerzać horyzonty, zawierać nowe ciekawe znajomości, wymieniać doświadczenia.
Cieszę się, że podczas tej mojej pierwszej rozmowy z Panią dyrektor 28 lat temu podjęłam decyzję o podjęciu tej pracy i zmianie zawodu.
Jola Gudera  – Grudziądz 2012r.
„Z pomocą społeczną przez życie.”

 

Podziel się !Share on Facebook0Share on Google+0Email this to someone
Opublikował: m.kubel Kategorie: Pomoc Społeczna, Rodzina, Sylwetki, Wyróżnione

Odpowiedz

Zabezpieczenie atyspamowe
Skopiuj lub przepisz poniższy text aby dodać komentarz do artykułu.

* Copy This Password *

* Type Or Paste Password Here *

Zapisz się do newslettera

Wyróżnione artykuły

wielkanoc 2017 maly

Wesołych Świąt !

Z okazji Świąt Wielkanocnych życzymy wszystkim naszym Czytelnikom wszystkiego co najlepsze: pogody ducha, rodzinnej, świątecznej ...

katastrofa smolenska

7. Rocznica katastrofy smoleńskiej

10 kwietnia 2010 roku w pobliżu lotniska Smoleńsk-Północny doszło do największej tragedii lotniczej w historii ...

Zolnierze wykleci

1 marca - Narodowy Dzień Pamięci „ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH"

1 marca po raz siódmy obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. To święto tych, którzy ...

2017

Do siego 2017 Roku !

Wszystkim naszym Czytelnikom życzymy, aby kolejny rok był wyjątkowym i bardzo spokojnym czasem, w którym zrealizujecie wszystkie ...

swieta-2016

Wesołych Świąt !

Prawdziwie radosnych, wypełnionych miłością, niosących spokój i odpoczynek Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku  2017, pełnego optymizmu i szczęścia          ...